22 września 2009 ~ Jest 1 komentarz

D’Addario EXL 120-7

O strunach D’Addario usłyszałem w roku 1990. Słodkie czasy szkoły średniej i szkolnych kapel w których grać próbowałem. Tanie instrumenty jakimi dysponowaliśmy aż prosiły się o jakiekolwiek udoskonalenia – które też stale wprowadzaliśmy. Lutownica, ale i pilnik zdzierak był stale pod ręką; Lutować przystawki, kable do gitar, zasilaczy i kostek potrafił każdy z nas. Nie można było grać na gitarze elektrycznej nie potrafiąc zlutować sobie na szybko odpowiedniego kabelka czy przejściówki. A pilnikiem zdzierakiem ryzaliśmy deski naszych topornych gitar, by trochę bardziej przypominały Stratocastera…

Szczytem doskonałości wydawały mi się wtedy struny marki Presto, model chyba Rock. Kupowałem komplety jak i pojedyncze struny, gdy tylko wpadło trochę grosza do kieszeni. Gotowanie strun z dodatkiem płynu do mycia naczyń Ludwik było standardem. I wszystkim nam wydawało się, że tak właśnie ma być.

daddario discovery

I wtedy kupiłem swój pierwszy komplet strun D’Addario. W Centrali Handlu Muzycznego. Za kwotę pięciokrotną co komplet strun Presto Rock.

A potem nic już nie było takie samo…

Przez dziesięć lat amatorskiego grania przerobiłem z pewnością ponad setkę kompletów strun D’Addario. I dodatkowo połowę tego innych marek. Zachodnich. Jedne wydawały się lepsze od strun D’Addario, inne gorsze – ale jakoś tak wyszło, że D’Addario i set EXL stał się standardem d o którego porównywałem wszystko inne.

A potem miałem dziesięć lat przerwy, aż w końcu kupiłem sobie siedmiostrunowego Ibanez’a. Oczywistym wydało mi się, że zanim do mnie dotarła zamówiona gitara, kupiłem sobie EXL do siódemki. Kompletem EXL 120-7 miałem zamiar przywołać dawne wspomnienia – w sumie wiele się nie pomyliłem…

Opakowanie strun D’Addario EXL 120 zna zapewne każdy, kto na gitarze elektrycznej gra choć trochę: solidnie sklejony kartonik, w środku brązowy woreczek wypełniony azotem (tak, by usunąć tlen i tym samym zapobiec korozji metalu) i pięknie błyszczące druty strun – każdy z metalowym wałeczkiem na końcu. A każdy wałeczek w innym kolorze – full wypas i pełen bajer ;-)

Kiedyś zbierałem takie mosiężne wałeczki, nadziewałem na łańcuszek i byłem z takiej biżuterii cholernie dumny.

Same struny są identyczne jak te, których używałem lat temu dziesięć – stosunkowo twarde (nie każdemu to odpowiada), pięknie dźwięczące z bardzo wyraźnym efektem świszczącego glissu, gdy przesuwa się po tych strunach rękę. Joe Satriani gra właśnie na takich strunach – dlaczego ja miałbym zakładać inne?

D’Addario EXL 120-7 to nie są struny idealne; Pamiętam, że bardzo często wybierałem struny Ernie Ball Super Slinky (o identycznej grubości 9-42 jak EXL 120), bo trzymały dźwięk jakoś tak tydzień dłużej niż D’Addario. Dzisiaj jest to rzecz której bym z pewnością nie zauważył – struny zmieniam co dwa tygodnie, co przy moim bardzo okazjonalnym graniu nie pozwala strunom wypracować się do końca, ale dziesięć lat temu, gdy raz – nie miałem pieniędzy, a dwa – struny były droższe niż dzisiaj – darmowy tydzień grania był dla mnie bardzo cenny.

I jeszcze jedna rzecz, która mi przeszkadza w D’Addario EXL 120-7, to końcowa owijka na strunie B7 (ta o grubości .054) – nie mieści mi się w otworek klucza w moim Ibanez’ie. To, rzecz jasna, zaniedbanie konstruktorów gitary – siódemki zwykle mają dosyć grubą siódmą strunę, prawda? Nikt o tym nie pomyślał i otworek trzeba sobie powiększać na własną rękę. Trochę strach, więc tymczasem odpuszczam.

One Response to “D’Addario EXL 120-7”


Leave a Reply