Super Slinky od Ernie Ball
Gdy dziesięć lat temu miałem przyjemność z przyjaciółmi nagrywać coraz dziwaczniejsze kawałki, trzeba było zmieniać strony dosyć często. A, że kasy nie było zbyt wiele – szukałem rozwiązania optymalnego, kompromisu pomiędzy dobrym brzmieniem, długą żywotnością i przyzwoitą ceną. Takim HollyGraal’em stały się dla mnie Super Slinky od Ernie Ball‘a.
Dlatego, gdy ostatnio przyszedł ten czas, że wypadało zmienić struny – z ciekawością sięgnąłem po komplet strun który doskonale znałem. To, że tym razem miałem go założyć na siedmiostrunowego Ibaneza RG 7620 wydaje się nie czynić żadnej różnicy.
Komplet jaki wybrałem, to rozwinięcie klasycznego zestawu „dziewiątek” 9-42 o dodatkową, siódmą strunę o grubości 52. Przyznam, że wolę taką strunę niż 56 jakie proponuje D’Addario w komplecie EXL 120-7 Nie mam problemu, żeby przewlec strunę przez oczko klucza, a lubię mieć na kluczach ładne, mosiężne (lub kolorowe) wałeczki, niż przycięte kawałki stalowego drutu…
Ernie Ball nie pakuje swoich strun w wypełnione obojętnym gazem woreczki – dokładnie jak dziesięć lat temu. Nie foliuje też całego opakowania – tak, jak dziesięć lat temu. Każda struna jest zapakowana w oddzielną kopertkę, te w jaskrawo ubarwioną obwolutę i w foliowy woreczek. Po prostu – klasyka.
A to, że powietrze ma do nich swobodny dostęp podczas transportu i magazynowania – to już szczegół, na który miłośnicy klasyki nie zwracają uwagi.
Jednak to, co dziesięć lat temu było standardem, dzisiaj wygląda trochę dziwnie. No nic – grunt, że struny po wypakowaniu wyglądają na świeże i nie są zardzewiałe (bo o takie komplety innych firmy trafiałem). Zakładają się tak samo jak każde inne, więc nie ma co o nich pisać.
Jest jedna rzecz o której chcę napisać: jedna ze strun, A5 o grubości 32 (w owijce) irytująco brzęczała przez kilka pierwszych dni. Potem jej przeszło, ale niesmak pozostał*. Nie mam pojęcia z czego to wynikało i zanim zirytowałem się na tyle, by coś z tym zrobić czy dociekać przyczyny – przestało.
Brzmienie. Brzmienie strun to jedna z takich rzeczy, na którą nie każdy gitarzysta zwraca uwagę – zawsze mnie zdumiewało takie podejście. Przecież to właśnie tych kilka cienkich drutów pobudza całą resztę do dobrego brzmienia! Super Slinky Ernie Ball’a brzmią bardzo przyzwoicie. Nie świetnie, nie byle jak – po prostu przyzwoicie. Wielką zaletą tego naprawdę przyzwoitego brzmienia jest fakt, że brzmią przyzwoicie bardzo długo. W przeciwieństwie do D’Addario, które zaraz po założeniu brzmią kapitalnie, by po paru dniach przygasnąć do takiego właśnie, Ernie Ball’owego, przyzwoitego brzmienia – po Super Slinky wiesz, czego się spodziewać. Dzięki temu można sobie spokojnie zaplanować brzmienie w dłuższym okresie.
Doskonale zdaję sobie sprawę, że przy „poważnym” podejściu do grania czy nagrywania nie ma mowy o strunach trzymanych na gryfie tygodniami. Ale, w przypadku amatora, który na dodatek musi się liczyć z każdym groszem (wide licealista czy student) – Super Slinky Ernie Ball wypadają znakomicie.
—–
(*) Rozmawiają dwaj koledzy:
- Może przyjdziemy z żoną do was w sobotę? – Pyta pierwszy z nich.
- Wiesz, nie… – Odpowiada drugi. – Bo jak byliście ostatnio, to 100 zł nam zginęło.
- Ale stary! ? Oponuje pierwszy! – Przecież się znalazło! Spadło za tapczanik, sam mówiłeś!
- No tak, ale wiesz, niesmak pozostał.


