31 października 2009 ~ Nie ma komentarzy

Super Slinky od Ernie Ball

Gdy dziesięć lat temu miałem przyjemność z przyjaciółmi nagrywać coraz dziwaczniejsze kawałki, trzeba było zmieniać strony dosyć często. A, że kasy nie było zbyt wiele – szukałem rozwiązania optymalnego, kompromisu pomiędzy dobrym brzmieniem, długą żywotnością i przyzwoitą ceną. Takim HollyGraal’em stały się dla mnie Super Slinky od Ernie Ball‘a.

Dlatego, gdy ostatnio przyszedł ten czas, że wypadało zmienić struny – z ciekawością sięgnąłem po komplet strun który doskonale znałem. To, że tym razem miałem go założyć na siedmiostrunowego Ibaneza RG 7620 wydaje się nie czynić żadnej różnicy.

Super Slinky 9-52

Super Slinky 9-52

Komplet jaki wybrałem, to rozwinięcie klasycznego zestawu “dziewiątek” 9-42 o dodatkową, siódmą strunę o grubości 52. Przyznam, że wolę taką strunę niż 56 jakie proponuje D’Addario w komplecie EXL 120-7 Nie mam problemu, żeby przewlec strunę przez oczko klucza, a lubię mieć na kluczach ładne, mosiężne (lub kolorowe) wałeczki, niż przycięte kawałki stalowego drutu…
Ernie Ball nie pakuje swoich strun w wypełnione obojętnym gazem woreczki – dokładnie jak dziesięć lat temu. Nie foliuje też całego opakowania – tak, jak dziesięć lat temu. Każda struna jest zapakowana w oddzielną kopertkę, te w jaskrawo ubarwioną obwolutę i w foliowy woreczek. Po prostu – klasyka.

A to, że powietrze ma do nich swobodny dostęp podczas transportu i magazynowania – to już szczegół, na który miłośnicy klasyki nie zwracają uwagi.

Jednak to, co dziesięć lat temu było standardem, dzisiaj wygląda trochę dziwnie. No nic – grunt, że struny po wypakowaniu wyglądają na świeże i nie są zardzewiałe (bo o takie komplety innych firmy trafiałem).  Zakładają się tak samo jak każde inne, więc nie ma co o nich pisać.

Jest jedna rzecz o której chcę napisać: jedna ze strun, A5 o grubości 32 (w owijce)  irytująco brzęczała przez kilka pierwszych dni. Potem jej przeszło, ale niesmak pozostał*. Nie mam pojęcia z czego to wynikało i zanim zirytowałem się na tyle, by coś z tym zrobić czy dociekać przyczyny – przestało.

Brzmienie. Brzmienie strun to jedna z takich rzeczy, na którą nie każdy gitarzysta zwraca uwagę – zawsze mnie zdumiewało takie podejście. Przecież to właśnie tych kilka cienkich drutów pobudza całą resztę do dobrego brzmienia! Super Slinky Ernie Ball’a brzmią bardzo przyzwoicie. Nie świetnie, nie byle jak – po prostu przyzwoicie. Wielką zaletą tego naprawdę przyzwoitego brzmienia jest fakt, że brzmią przyzwoicie bardzo długo. W przeciwieństwie do D’Addario, które zaraz po założeniu brzmią kapitalnie, by po paru dniach przygasnąć do takiego właśnie, Ernie Ball’owego, przyzwoitego brzmienia – po Super Slinky wiesz, czego się spodziewać. Dzięki temu można sobie spokojnie zaplanować brzmienie w dłuższym okresie.

Doskonale zdaję sobie sprawę, że przy “poważnym” podejściu do grania czy nagrywania nie ma mowy o strunach trzymanych na gryfie tygodniami. Ale, w przypadku amatora, który na dodatek musi się liczyć z każdym groszem (wide licealista czy student) – Super Slinky Ernie Ball wypadają znakomicie.

—–

(*) Rozmawiają dwaj koledzy:
-  Może przyjdziemy z żoną do was w sobotę? – Pyta pierwszy z nich.
- Wiesz, nie… – Odpowiada drugi. – Bo jak byliście ostatnio, to 100 zł nam zginęło.
- Ale stary! – Oponuje pierwszy. – Przecież się znalazło! Spadło za tapczanik, sam mówiłeś!
- No tak, ale wiesz – niesmak pozostał.

Leave a Reply