24 lutego 2011 ~ Jest 1 komentarz

Vampire Prayer czyli wspomnień czar

Znalazłem na starych płytach CD kilka swoich nagrań z 1997/98 roku – najwcześniejszych i w zasadzie jedynych jakie popełniłem. A, że ostatni wpis natchnął mnie bardzo nostalgicznie postanowiłem je opublikować – byście i Wy mogli się pośmiać. Proszę potraktować poniższy opis jako luźne wspomnienia na temat: Homerecording w późnych latach 90 ubiegłego wieku…

Zacznijmy od sprzętu; Wiadomo, że by nagrywać trzeba mieć magnetofon. Tak teraz myślę – ilu z Was widziało magnetofon szpulowy? A może kaseciak marki Grundig lub Kasprzak? Co prawda na takich wynalazkach też nagrywaliśmy z kumplami, ale to były czasy gdy za instrumenty robiły nam bardzo różne rzeczy – więc ten okres dyskretnie pomijam milczeniem.

Yamaha MT4X Gdy udało się wytłumaczyć rodzicom, dlaczego magnetofon czterośladowy jest dla mnie absolutnym sensem życia, poszedłem do sklepu załatwiać formalności. Okazało się, że nikt w Centrali Przemysłu Muzycznego na Krakowskim Przedmieściu nie wiedział o co mi chodzi; Magnetofon czterośladowy? Yamaha? MT4X?  Zamówiłem go zatem w jedynym z pierwszych prywatnych sklepów muzycznych w Lublinie gdzie w ogóle chcieli na ten temat ze mną rozmawiać. Udało mi się do tego dołożyć mikrofon Shure SM57 i całość moja mama kupiła mi na 12 rat… Jako posiadacz takich wynalazków od razu nabrałem szacunku wśród moich kolegów – pod tym względem nic się nie zmieniło: Twój status wyznacza lista sprzętu jaki masz w sygnaturce na Forum.

Boss Dr550 Bardzo szybko okazało się, że sam magnetofon, choć był wyjątkową zabawką, to sprawy nie załatwił – potrzeba mieć jakieś bębny. Nagrywanie żywych odpadało z dwóch powodów: nie mieliśmy ani tylu mikrofonów, ani żywych bębnów i bębniarza. Zatem rozglądałem się za automatem perkusyjnym. Znów przypomnę: takich rzeczy nie było w sklepach. Takie rzeczy się załatwiało. Mi udało się w komisie muzycznym w bramie przy ul. Narutowicza (wtedy chyba jedynym w mieście) wypatrzyłem maszynę ze snów: Boss DR550. Najstarsza, najbardziej prymitywna wersja (z niebieskimi napisami). Nie było velocity ani żadnych wypasionych brzmień. Ale za to dało się to prosto programować i można było skomponować bębny do chyba aż czterech kawałków (tyle było pamięci) O backupach czy zgrywaniu tego gdzieś na bok, nie było w ogóle mowy.

Marshall Valvestate 8080 Znowu, raczej szybciej niż wolniej okazało się, że Distortion Plus marki Koda podłączony do Laboga R1 nie brzmi dobrze. Prawdę mówiąc, nie brzmiał prawie wcale. Znów rozpocząłem poszukiwania, i znów, w tym samym komisie wypatrzyłem prawdziwego Marshalla. Seria Valvestate, model 8080, z jednym głośnikiem, tylko trochę trzeszczący i praktycznie wcale nie odrapany! Sprzedałem kilka lepszych ciuchów jakie moja zapobiegliwa matka dla mnie wcześniej zdobyła – i kupiłem. Pierwszy własny Marshall! Jak o tym dzisiaj pomyślę, ech…

Przyznam, że nie pamiętam rzeczy najważniejszej – jaką wtedy miałem gitarę? Ale Vampire Prayer zagrałem na pożyczonej od kolegi gitarce marki Yamaha ze skróconą menzurą, tremolem Floyd Rose i przetwornikiem Shallera (z dwoma sztabkami) – to był naprawdę świetnie grający instrument.

dunlop_gcb_95 Specjalnie do nagrania solówki użyłem (własnej) kaczki Dunlop GCB 95 CryBaby, pożyczonego stereo chorusa basowego marki Digitech (nigdzie nie widzę zdjęcia tego cuda) i Delay nieśmiertelnej marki Koda (w Google widzę tylko zdjęcia nowych modeli, w takich ładnych prostokątnych obudowach. My dysponowaliśmy modelami pierwszej generacji, obudowy wyglądały jak rozdeptana żaba, a lakier z nich schodził dopiero przy trzecim dotknięciu). Z tego wszystkiego kaczkę GCB95 wspominam najlepiej – choć słychać lekki stukot podczas włączania i potencjometr trzeba było wymienić po roku, brzmiało to naprawdę fajnie.

Tyle o sprzęcie – teraz dwa słowa o warunkach i klimacie nagrywania. Wydaje mi się, że to akurat niewiele się zmieniło przez te lata – mały pokój, trzech kolesi wilgotnych z wrażenia (sic!), piec Marshall (z lampką na preampie!) pod stołem, mikrofon SM57 (światowy standard, nie mogę wyjść z podziwu że taki kupiłem) przykręcony do stojaka od lampki nocnej, kable, które trochę trzeszczały jak się po nich chodziło (ale tylko trochę) i – nagrywamy. Ważne, by zrobić to szybko. Zanim sąsiedzi zadzwonią po milicję ;-/

Drobna kwestia techniczna: magnetofon na kasety miał 4 ślady, więc po skomponowaniu i wgraniu nań perkusji w stereo mamy zajęte dwa ślady. Z czterech. Nagrywam jeden ślad gitary, potem drugi  i koniec. Nie ma jak dograć reszty! Dlatego trzeba było zrobić międzyzgranie - zmiksować to, co już mamy, by zyskać znów dwa ślady do nagrania. Na inny magnetofon.

Tonsil MCU53 Gdy instrumenty były już nagrane, przez mikrofon pojemnościowy marki Tonsil kolega nagrał wokal (bo przecież nie powiem: zaśpiewał). Wywarło to na nim takie wrażenie, że pił wodę z psiej miski, a moi sąsiedzi jeszcze długo potem wypominali mi ten dzień. Ale, być może dzięki temu to wszystko pamiętam. Dlaczego, dysponując zawodowym Shurem SM57 uparliśmy się na mikrofon pojemnościowy? Wiadomo bowiem, że wokalista nagrywa przez mikrofon pojemnościowy. Kropka.

hellriser Sample, czyli fragmenty dialogów pochodzące z filmu Hellraiser zostały wybrane i wmiksowane przez Wokalistę na komputerze z procesorem Pentium 75. Marki komputera nie pamiętam, ale Windows 95 chodził na nim całkiem sprawnie. Nie mam pojęcia jakim softem to zrobił, bo komputera nie miałem – nie było mnie stać na takie ekstrawaganckie i zupełnie do niczego nie przydatne zabawki, prawda…

A potem, jak w tym kawale o pierwszym milionie dolarów Rockefellera, psim swędem zawędrowałem do studia, gdzie Starsi Koledzy nagrywali jakąś nazwijmy to, muzykę popularną. Tam, gdy pochwaliłem się swoim „nagraniem”, po pierwszych salwach śmiechu i serdecznych (ale bardzo męskich) docinkach, jeden z kolegów dograł klawisze i partię basu na klawiaturze Kurzweil k2500.

A teraz posłuchaj, jak to wszytko zagrało:


Vampire Prayer

PS.

Wszystkie fotografie w tym wpisie pochodzą z Internetu (czytaj: podebrałem je innym) – niestety, nie mam praktycznie żadnych własnych fotografii z okresu tego nagrania.

Jest jeden komentarz do “Vampire Prayer czyli wspomnień czar”


Dodaj komentarz