Instrumentalnie, czyli wspomnień cd. 2
Kontynuując wątek archiwalno-wspominkowy, dzisiaj dla odmiany chciałem zaprezentować dwie kompozycje instrumentalne, które udało mi się nagrać w momencie zebrania wszystkich niezbędnych elementów domowego studia w całość. Mówiąc o domowym studio i nagrywaniu mam na myśli, rzecz jasna, możliwość nagrywania gitarowych piosenek w własnym zakresie – dzisiaj to nic specjalnego, każdy właściciel przeciętnego komputera i gitarowego interfejsu może to zrobić w miarę szybko i sprawnie. Jednak w marcu 2003 roku nie było mi aż tak łatwo, a poza tym – gdy zaczynamy mówić o dobrym, gitarowym brzmieniu, dzisiaj także przestaje być łatwo i tanio; Zwykle wracamy do korzeni, czyli dozbieraj i kup lampę. To hasło jakoś nie traci na aktualności…

W moim przypadku, dozbieraj i kup lampę skończyło się na lampowym przedwzmacniaczu Marshall JMP-1, lampowej końcówce mocy Soundman TwinFifty i paczce Marshall 1922. Sygnał tak wygenerowany zebrałem mikrofonem Shure SM57 i nagrałem cyfrowym rejestratorem Roland VS880. Dodatkowe efekty typu chorus i delay, jakie można usłyszeć w obu nagraniach pochodzą z efektora VS880, a cała sekcja rytmiczna została stworzona za pomocą aranżera Yamaha QY700. Gitara na jakiej zagrałem to bardzo, bardzo modyfikowany Ibanez Jem 777bfp z założonymi strunami D’Addario EXL120 i humbuckerem Seymour Duncan TB4 pod mostkiem i DiMarzio PafPro pod gryfem. Kaczka to CryBaby Dunlopa, a kabelki były od PlanetWaves.
Dwa słowa o każdym z urządzeń dla zainteresowanych:
Preamp Marshall JMP-1 był pierwszym tego typu urządzeniem jakie firma Marshall, kojarzona do tej pory tylko z klasycznymi, lampowymi wzmacniaczami wypuściła na rynek. Znawcy twierdzą, że brzmieniowo JMP-1 podchodził najbardziej pod JCM900 i tego nie mogę potwierdzić ani zdementować, bo prócz combo Valvestate VS8080 nigdy nie grałem na innym Marshallu. Przedwzmacniacz był jednak wyjątkowo zacnym urządzeniem – w środku miał dwie lampki 12AX7 (sprawdziłem) i brzmiał tak, jak się na nim zagrało. Swój egzemplarz kupiłem od Marka Radulego, niestety nie pamiętam do kogo poszedł…
Soundman TwinFifty to końcówka mocy która była wówczas na topie gitarowego sprzętu z górnej półki. Były z nią dwa poważne problemy: po pierwsze primo, była rodzimej, krajowej produkcji, a po drugie primo, miała tylko dwa razy po pięćdziesiąt watów mocy. Dla wielu (wszystkich którzy nie mieli okazji jej słyszeć) były to wystarczające powody, by ją zlekceważyć i wybrać trzystu watową końcówkę Behringera na mosfetach. Nasze krajowe produkty nawet dzisiaj nie cieszą się takim uznaniem jakim mogłyby się cieszyć – ale nic dziwnego; Małe piecyki jakie do sklepów wypuścił Laboga były po prostu żałosne. Ja kupiłem taką końcówkę, gdyż zaprzyjaźniony gitarzysta z zespołu Beaty Kozidrak miał taką (miał też JMP-1) i jakoś dawał radę na Opolu czy innych sztukach…
Kolumna głośnikowa Marshall 1922 miała moc: 150W RMS, zamontowane dwa głośniki Celestion G12T-75 i czadowe białe logo Marshall na przedzie. Wyglądała zawodowo, odzywała się, a to nie były czasy by kręcić nosem i wymieniać głośniki na „lepsze” wg jakiegoś lokalnego guru…
Aranżer Yamaha QY700 był bardzo nowoczesnym, jak na owe czasy urządzeniem. Posiadał najnowszy moduł brzmieniowy i kapitalny, super nowoczesny wyświetlacz na którym pracowało się naprawdę fajnie. Dla tych, którzy nie znają pojęcia aranżer krótkie wyjaśnienie: urządzenie to posiada własny moduł brzmieniowy w standardzie MIDI, czyli mnóstwo bębnów, instrumentów klawiszowych i innych. Do tego dochodzi wbudowany sekwencer (sequencer) który pozwala na zapisanie ciągu akordów jaki podamy. W efekcie, aranżer za pomocą wbudowanych brzmień odgrywa wprowadzoną przez nas sekwencję akordów według wybranego stylu: rock, pop, swing czy inne latino. Potrafi być przy tym mnóstwo zabawy i śmiechu, gdy znane standardy rockowe odgrywamy w wersji samba.
Podobną funkcjonalnością dzisiaj odznacza się program Band in A box. QY700 miał duży wyświetlacz, sekwencer, wbudowaną mini klawiaturę, wejścia i wyjścia MIDI oraz wyjścia liniowe – był dla mnie idealnym uzupełnieniem magnetofonu Rolanda VS880; Po naciśnięciu przycisku Start na panelu magnetofonu idealnie zsynchronizowany startował aranżer i zupełnie tak jak dzisiaj w programie DAW można było komponować, grać i nagrywać do odgrywanego podkładu. Aranżer trzymał swoje dane w swojej pamięci, więc nie zajmował bezcennych śladów. W momencie gdy masz fizyczne urządzenie z 8 śladami trzeba nimi szafować nad wyraz roztropnie. Nie ma opcji „kliknij prawym i wybierz Stwórz ślad Audio”.
Bogactwo brzmień i styli jakie dostałem do dyspozycji w postaci aranżera otworzyło mi oczy na pewne możliwości: mogę nagrywać własne piosenki! Aranżer był bardzo twórczym i inspirującym wynalazkiem, bardzo mile wspominam godziny jakie przy nim spędziłem.
Na koniec warto wspomnieć, że zarówno magnetofon i aranżer nigdy się nie zawiesiły czy odmówiły współpracy – czego o pecetach z programem DAW z pewnością powiedzieć nie można.
Na pierwszym zdjęciu widać też (od lewej) kieszonkowy słownik Angielsko-Polski (mam go do dzisiaj), telefon Siemens C35 (najnowszy model kupiony za gotówkę bez numeru!), skoroszyty które były zaczątkiem mojej działalności gospodarczej i (od góry) discman Sony (przenośne urządzenie do słuchania płyt CD), (już wtedy) stary wzmacniacz Unitra od miniwieży którego używałem do odsłuchu na jeszcze starszych kolumnach (niewidocznych na zdjęciu), lampowy przedwzmacniacz Marshall JMP-1 i końcówka mocy 2x50Wat Soundman TwinFifty (chyba na lampach EL34). Poniżej (od lewej) ośmio śladowy rejestrator cyfrowy Roland VS880 i aranżer Yamaha QY700.
Dwie piosenki jakie prezentuję powyżej zostały skomponowane i nagrane przeze mnie w pokoju 10m2 i podobno „było słychać, że nagrywałem”. Możliwości jakimi dzisiaj dysponuje każdy posiadacz POD’a i peceta z jednej strony pozwalają na dużo więcej, z drugiej strony – obcowanie ze sprzętem, fizycznym, ciężkim, namacalnym, gdzie naprawdę kręci się gałkami a nie klika myszką ma w sobie coś absolutnie magicznego. Jeśli do tego dodać barierę finansową – takie wynalazki kosztowały znacznie więcej niż wszystko co miałem, pojawia się kolejny element układanki: nie ma łatwo przyszło i nic z tego nie wyszło…


Witaj Piotrze właśnie czytam Twoje artykuły i przez chwilę poczułem się o te kilka lat młodszy … pamiętam wszystko: jak przyniosłeś mi jedna z pierwszych płyt Dream Theater … mam jeszcze gitarę o której chyba piszesz w artykule o swioch pierwszych nagraniach mam też QY70 Yamachy i wszystko co dotyczy tamtych czasów (końcówkę Soundmana – odpoczywa gdzieć w piwnicy…JMP-1 jeżdzi ze mną w racku w razie awarji pieca głównego mam też wszystkie płyty które mi nagrałeś i podarowałeś i… tylko nie chce się wierzyć że mineło już grubo ponad 10 lat Pozdrawiam Cię i obiecuję że sie odezwę .Piotr B.
Ha! Korciło mnie, by napisać, że to była Twoja gitara, ale wiem, że nie bardzo lubisz publiczne wystąpienia (że nie wspomnę o kameralnych imprezach typu Sopot czy Opole) i nie chciałem się lansować Twoim (? ;-) nazwiskiem. No i strasznie jestem ciekawy na czym teraz nagrywasz swoje piosenki? Koniecznie musimy się kiedyś wybrać do Was na plotki. I szaszłyki.